11 marca 2017

Przemyślenia książkoholika


Cześć!
Dziś to nie będzie recenzja, dziś z trochę innej beczki.
Chciałam się z wami podzielić kilkoma spostrzeżeniami, chciałam napisać coś od siebie, coś co będzie miało znaczenie, co odbije się echem lub po prostu da do myślenia choć jednej osobie. Jeśli tak się stanie, to już będzie to mój mały osobisty sukces.

Bo wiecie, zdarzają się takie dni/tygodnie, kiedy wszystko się wali i pali, wszystko ma być perfekcyjnie i na już! A ty zwyczajnie masz dość. I choćbyś nie wiem jak chciał nie możesz zwolnić, nie możesz siąść, odpocząć i nawet przez kilka chwil zatracić się między kartami książki. Zwyczajnie nie i koniec! I właśnie ostatnio przytrafił mi się taki czas (między innymi dlatego przez pewiem okres nie dodawałam tu recenzji ;) chciałam jednoczeście podziękować Wiki za to, że w tym czasie dbała o bloga).

Dlatego, kiedy zdarzają się chwile, kiedy nikt nic ode mnie nie chce, a ja nie muszę nic konkretnego zrobić, staram się korzystać z tego spokoju. Staram się wtedy uciec od wszystkiego, od tego całego pośpiechu i gwaru innych ludzi, od zgiełku miasta, od komórek, laptopów i innych elektronicznych gadżetów.

Biore wtedy książkę i wychodzę z domu w duchu dziękując, że mieszkam całkiem niedaleko lasu. Kocham las równie mocno co książki, więc to połączenie działa na mnie niezwykle kojąco. A także bardzo inspirująco. Bo zazwyczaj jest tak, że oprócz książki biore ze sobą również zeszyt i długopis. Jestem rękodzielniczką z zamiłowaniem do pisania, więc jeśli w czasie spaceru do głowy wpadnie mi jakiś pomysł, nie ma obaw bym coś zapomniała - od razu to zapisuje. I przysięgam wam, tworzą się wtedy naprawde piękne pomysły! Kiedyś wam pokażę... na pewno.

Zawsze zmierzam do jednego miejsca, mojej ukochanej starej wierzby, chylącej się ku ziemi, na środku pola otoczonego z trzech stron lasem. Siadam na gałęzi, która dawno temu, w czasie burzy się nadłamała lecz wciąż z każdą wiosną wypuszcza pąki i otwieram książkę, znad której od czasu do czasu zerkam na pasące się sarny, również odwiedzające to miejsce. I myślę sobie wtedy jak wielu ludzi nigdy nie doświadczyło czegoś takiego. Takiej prostej radości z chwili spokoju, z czytania książki w samotności, z obserwowania zwierząt w ich naturalnym środowisku, z łapania na skórze pierwszych wiosennych promieni. Tak wielu ludzi jest ubogich o tak piękne chwile. I dlaczego? W imie czego?
Oczywiście każdy odpoczywa na swój sposób. Ale często jest tak, że jedynie nam się zdaje, że wypoczywamy. A tu telefon zadzwoni bo szef o czymś zapomniał poinformować, a to dziecko czegoś nie może znaleźć, a to mama prosi by coś zrobić właśnie teraz albo po prostu... dzieje się coś co przerywa nam nasz błogi spokój.

Nie rozumiem tego. Może jestem dziwna, w sumie często mi to mówią. Możliwe też, że jestem jakimś defektem na taśmie w fabryce świata. Ale po prostu nie rozumiem! Dlatego proszę was, wszystkich którzy to czytacie, znajdźcie czas i miejsce tylko i wyłącznie dla siebie. Czas, w którym to wy będziecie ważni i miejsce, do którego tylko wy będziecie mieli wstęp. Bo dzisiejszy świat jest szalony. Nie zagubcie się w nim...

Sylwia

5 marca 2017

"Precz z brunetami!"


 A ja wciąż uwielbiam brunetów...

 " - Czyli faceta trzeba jednak tłamsić?! - zirytowała się Madzia.
- Czemu od razu używasz takich brzydkich słów? Tłamsić... Ja bym raczej powiedziała: trzymać rękę na pulsie, czuwać, dyskretnie kontrolować sytuację. Zaraz tłamsić!"

 Marta Obuch, autorka "Precz z brunetami!" jest na pewno osobą, której poczucia humoru nie brakuje. Oczywiście nie chodzi mi tu o nawiązanie, że książka to żart, bo pozostawia po sobie dość dobre wrażenie. Czegoś jej po prostu brakuje, ale nie dowcip.

"- Pomidora! Jak zaraz nie zjem pomidora, to zdechnę - oświadczyła z determinacją pod wpływem wspomnień. - Pomidora!
 Neta spojrzała na przyjaciółkę ze zdumieniem, ale nie zgłosiła protestu. Wiadomo przecież, że kobiety różnie reagują, kiedy tracą obiekt westchnień. Jeśli może na to poradzić zwykłe warzywo...
- Idę po słodzik, bo z cukrem kawy nie wypiję, to ci przy okazji kupię. Ty w tym czasie może coś zrób. Zajmij czymś główkę, najlepiej rączkami. Nie wiem, wyszoruj podłogę czy coś. Wracam za chwilę.
- Rączkami to ja się dzisiaj mogę tylko upić - zakrzyknęła buntowniczo Madzia."

 Główną bohaterkę, Madzie, właśnie zostawił facet. Dosłownie zostawił, bo zniknął nagle i bez słowa. Co w tym przypadku postanawia Magdalena? Oczywiście wynajmuje prywatnego detektywa, by ten skubańca znalazł. Jednak wszystko nagle zaczyna przybierać dziwnego kierunku...

"Waldusia należy odnaleźć.
Należy go odnaleźć i spojrzeć mu w twarz.
I albo mu w tę gębę napluć, albo z tej gęby usłyszeć słowa wyjaśnienia.
Koniec, kropka!"

 Detektyw dwoi się i troi - dosłownie i w przenośni, najlepsza przyjaciółka wspiera wiernie każdy najgłupszy pomysł pozostawionej Madzi i nie wiadomo kiedy dziewczyny zostają wplątane w wcale nie małego kalibru śledztwo. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że przypadkowo, bo one same pakują się wszędzie i mieszają, co wywołuję nie jedną śmieszną sytuację.

"Czasem najlepsze rzeczy zaczynają się kretyńsko, a te wspaniałe padają na twarz w przedbiegach."

 Podoba mi się bardzo prowadzony wątek przyjaźni Madzi i Nety. Jest typowym przykładem znajomości kobiet. Miałam czasem wrażenie, że widzę siebie i moje własne przyjaciółki.
 Podczas czytania przypomniała mi się nawet sentencja:
 "Prawdziwy przyjaciel to taki, który, gdy mu powiesz, że właśnie kogoś zabiłeś, zapyta: Gdzie zakopiemy zwłoki?"
 To jest najlepszy opis przyjaźni dwójki kobiet w tej książce.

"- Kiedy go znalazłaś? Notes, oczywiście, nie gęś.
Madzia zastanowiła się chwilę, po czym rzuciła:
- Przedwczoraj zmieniałam pościel?
- Hmmm. - Neta pomachała widelcem w powietrzu. - Dobre pytanie, tylko czemu takie głębokie? Poproszę zestaw mniej filozoficzny."

 Kryminalny wątek ciągnie się powolutku, ale tylko na początku. Nabiera rozpędu jak żółwik, po czym mknie jak zając po polu, za którym aż ciężko nadążyć. Było kilka momentów, gdy po prostu miałam małą przerwę w myśleniu, bo nie potrafiłam zrozumieć co się właśnie dzieje. Nie jestem pewna, czy to wina mojego powolnego myślenia, czy autorki, która nieskładnie pisze.
 Mimo wszystko podziwiam Panią Obuch, bo pisząc taką książkę w życiu nie dałabym rady nie pogubić się w tym wszystkim.

"- On jakieś sztuki odstawiał na tym dworcu. - Madzia zniżyła głos. - Wlazł do kiosku, dał coś sprzedawcy, nie wiem co, nie widziałam, a potem dostał od niego gazetę. A miny mieli przy tym takie, jakby co najmniej przemycali diamenty! Potem polazł do ubikacji. Na piętnaście minut.
- Może sraczki dostał z emocji."

 Strasznie denerwowały mnie poruszane tematy polityczne. Co prawda z dużą ich częścią się zgadzam, ale miałam nie miłe wrażenie, że autorka podchodzi do tego... agresywnie? Jak dla mnie za dużo poglądów prywatnych jest uwzględnionych w tekście.

 "Wygląd zewnętrzny.
 Niby nic nie znaczy, niby miłość to jedność dusz...
 Tylko dziwnym trafem mężczyzna woli się jednoczyć z pięknością o metrowych rzęsach niż rozprawiać o Arystotelesie z babsztylem w traperach i porozwlekanym swetrze.
 Gdzie tu sprawiedliwość?"

  Nie wiem dokładnie co w tym jest, ale zwróciliście uwagę, że w większości książek z wątkiem kryminalnym, lub ogólnie kryminałów, wybrankami bohaterek są policjanci/detektywi/ktokolwiek z odznaką?
 Bywa to czasem trochę frustrujące. Myślałam, że może tutaj schemat zostanie złamany, ale... Nie będę wam spojlerować...

 "- Z chłopami to same kłopoty, ale bez chłopów nie da się żyć... Głupio ten Bóg wymyślił.
Olka uspokoiła się na tyle, żeby żałosnym głosem skomentować:
- Bo... Bóg to też chłop, cholera!"

 Podsumowując...
 Trudne łatwego początki. Książka potrzebuje tych kilkunastu stron, aby wciągnąć, momentami szczerzyłam się do niej jak głupia, bo teksty niektóre po prostu są boskie i jak z życia wzięte.
 "Precz z brunetami!" dostaje ode mnie 6 białych piórek. Jak już mówiłam coś jej brakowało.

Do następnego!

Wiki