12 listopada 2016

"November 9"


Wczoraj zaczęłam i dziś skończyłam. Czytałam już wszystkie książki Hoover i ta, tak samo jak wszystkie inne sprawiła, że umarłam i ożyłam w ciągu kilku godzin.

Może zacznę od początku. "November 9", bo to tę książkę wam dziś sprezentuje, napisana przez Colleen Hoover, autorkę takich słynnych powieści jak "Hopeless", "Ugly Love" czy "Maybe Someday" to kolejna z rozdzierających serce i składających je na nowo powieści. Jestem dosłownie świeżo po jej przeczytaniu, bo skończyłam ją niecałą godzinę temu i po prostu muszę to teraz napisać.

Znajdujemy się aktualnie w restauracji. Nic specjalnego. Zwykła knajpka gdzie można coś zjeść, napić się kawy, spotkać z rodziną, znajomymi czy pracować z laptopem będąc zamkniętym w swoim własnym świecie. A jednak to właśnie w takiej, a nie innej  restauracji zaczyna się pewna dziwna miłość, a przynajmniej niczego nieświadomy czytelnik odnosi takie wrażenie. W każdym razie...

Fallon to osiemnastoletnia dziewczyna z poparzeniami na ciele, które nie pozwalają jej rozwijać kariery jako aktorka. W końcu ładna twarz to jeden z głównych wymogów podczas kastingu pod warunkiem, że nie chodzi o rolę człowieka z blizną, przez co dziewczyna zaraz po pożarze, w którym doszło do wyżej wymienionych obrażeń, zdecydowanie traci pewność siebie. Zauważa to Ben, również osiemnastolatek, z bagażem doświadczeń i talentem pisarskim, a przynajmniej my, czytelnicy odnosimy takie wrażenie, że coś ich do siebie przyciąga zupełnie przez przypadek. A może przeznaczenie? Spędzają razem cały dzień, 9 listopada, ze świadomością, że Fallon za kilka godzin odlatuje do Nowego Jorku, aby spróbować rozwinąć skrzydła na Broadwayu. Postanawiają zawrzeć umowę.
"-A jeśli... - Zatrzymuje się raptownie i odwraca do mnie. - A jeśli spotkamy się za rok o tej samej porze? A potem znowu za rok? I tak przez pięć lat? Tego samego dnia, o tej samej porze i w tym samym miejscu? Za rok zaczniemy tam, gdzie dziś skończyliśmy. Dzięki temu upewnię się, że chodzisz na przesłuchania, i będę mógł napisać książkę o tych dniach, które spędzimy razem."
Co roku tego samego dnia, o tej samej godzinie, w tym samym miejscu będą się spotykać. Żadnych numerów telefonu, e-maili, portali społecznościowych. Tylko ten jeden dzień.

Szaleństwo - moja pierwsza myśl. Ale czy nie od tego zaczynają się wszystkie takie historie? Od porywu szaleństwa? Z tą myślą czytałam dalej, nie spodziewając się, że zaraz trafię na uczuciowy rollercoaster.

Prócz morderczego walenia serca i trzęsących się rąk podczas czytania, jedno uczucie zdecydowanie zapadło mi w pamięci. Czułam się oszukana. Oszukana w imieniu Fallon i Bena. Dlaczego? Chyba się zapomniałam, bo spodziewałam się spokojnych pięciu lat w trakcie, których oni będą się widywać i tak dalej, ale to przecież Hoover, oczywiście, że tak nie mogło być. Co prawda cieszy mnie, że nadal są książki, które potrafią mnie zaskoczyć, ale cena jaką się płaci za te zawały... 

Colleen Hoover kocham między innymi za to, że czytając jej powieści, czujesz uczucia bohaterów. W tym przypadku nie było inaczej. Przeżywałam wszystko na równo z Fallon i Benem, kochałam z nimi, nienawidziłam z nimi, cierpiałam z nimi, żałowałam z nimi. Coś niesamowitego.
 "-To, że na końcu książki nie będziemy parą, nie oznacza jeszcze, że książka nie będzie miała szczęśliwego zakończenia. Ważne tylko, żebyśmy oboje byli szczęśliwi, mniejsza o to, czy ze sobą czy z kimś innym."
Patrząc na to już z większego dystansu, choć nadal serce mi krwawi, a kac krąży po głowie cieszę się, że sięgnęłam po tą książkę, bo ma ona swój głęboki sens, tym bardziej, że opowiada o... przebaczeniu, rzeczy, której ja nie do końca rozumiem, ale teraz ten temat wydaje mi się bliższy.

Szukasz czegoś, co podejdzie do Ciebie, uderzy z prawego sierpowego po czym grzecznie przeprosi za najście? Polecam "November 9".

""Kochała mnie" w cudzysłowie
Całowała mnie pogrubioną czcionką
PRÓBOWAŁEM JĄ ZATRZYMAĆ wielkimi literami
Zostawiła mnie z wielokropkiem..."

Myślę i myślę nad tą oceną i wiecie co? Pokieruje się podpowiedzią na okładce.
"November 9" otrzymuje ode mnie 9 białych piór.

Wiki


11 listopada 2016

"Uratuj mnie"




Listopad prócz zimna, kolorowych liści i litrów deszczu niesie ze sobą również moje osobiste święto, a co za tym idzie góry książek! W tym też w moje zachłanne rączki wpadła pierwsza część serii "The Last Regret", a dokładniej "Uratuj mnie" autorstwa Anny Bellon, które swoje początki miała na znanym już większości książkoholikom Wattpadzie gdzie osiągnęła ponad milion odsłon. Po jej przeczytaniu nie mogę się dziwić skąd tak wielkie zainteresowanie.

"Usłyszałem śpiew dochodzący zza uchylonych drzwi sali muzycznej. Poczułem ciarki na plecach, gdy podszedłem bliżej, a głos dziewczyny stał się jedynym dźwiękiem, który docierał do moich uszu."

Książka opowiada o dwójce młodych ludzi - jak to w New Adult - którzy próbują odnaleźć się w tym dziwnym świecie. Głowna bohaterka, Maia, od długiego czasu rozpacza po śmierci brata. Pogrążona w swoim bólu i żałobie, odcina się od wszystkich przyjaciół. Cały czas wolny spędza czytając książki i słuchając swoich ulubionych zespołów.
Dziwnym zrządzeniem losu ten sam gust muzyczny ma również Kyler, nowy uczeń w jej szkole, który po bliższym poznaniu dziewczyny, postanawia zawalczyć o ich znajomość i z czasem przebija się przez mur, który Maia wzniosła wokół siebie.
Jak się można domyślić życie ich obojga zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni.

"A później nauczyłam się wszystkiego od nowa. Pojawił się ktoś, kto przebił się przez wzniesiony przeze mnie mur. Wziął go szturmem i nie pozwolił mi się z powrotem za nim schować. Wszedł w moje życie, śpiewając lekko zachrypniętym głosem o dziewczynie ulotnej jak papierosowy dym."

Kyler, a także Maia, po części zmuszona, dołączają do zespołu rockowego - The Last Regret - który zostaje założony przez ich nowych znajomych. Kolejne części serii zapewne będą właśnie o nich i nie mogę się doczekać dalszych losów tej gromadki, a szczególnie jednego gitarzysty...

Co bardzo mi się podoba w "Uratuj mnie" wątek romantyczny nie jest na początku aż tak oczywisty. Mam na myśli, że nie jest to opowieść o "błyskawicznej miłości" jak grom z jasnego nieba, tylko o tym bardziej realistycznym uczuciu, które rodzi się z czasem. Mimo iż jest to powieść, która opowiada o wielu bolesnych rzeczach, cieszy mnie fakt, że nie jest ona dramatem. Są w niej sceny, które mogą wzbudzić rozbawienie i wywołać uśmiech na twarzy.

"-Dziękuję - wyszeptałam, opierając swoje czoło o jego i wpatrując się w jego błękitne oczy, w których widziałam radość (...).
-Za co?
-Za uratowanie mnie."
Bardzo przyjemnie się ją czyta, osobiście połknęłam ją w jeden dzień, ale nie ma się co dziwić, bo uwielbiam wszystko co zawiera w sobie miłość i genialnych bohaterów (zarówno tych pierwszo jak i drugoplanowych). Gorąco polecam jeśli szukacie czegoś wciągającego na weekend i tak jak ja jesteście miłośnikami romansów.

Dzięki cudownemu bohaterowi drugoplanowemu, który podbił moje serce, "Uratuj mnie" dostaje ode mnie 8 białych piór.


Wiki

7 listopada 2016

"Harry Potter i Przeklęte Dziecko"



Opis wydawcy:
Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej teraz, kiedy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym.
Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, które nigdy nie było jego własnym wyborem. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło nie wygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.


Albus Potter, po usłyszeniu historii Cedrika Diggory'ego, postanawia odmienić niesprawiedliwy los młodzieńca. Namawia do tego swojego najlepszego przyjaciela-Scorpiusa i tak dwóch chłopców rozpoczyna przygodę godna samego Haryy'ego Pottera. Aby dopiąć swego, młodzieńcy igrają z czasem, co może spowodować tragiczne i nieodwracalne skutki. Czy uda im się uniknąć najgorszego?

Jako ogromna fanka Harry'ego Pottera po prostu musiałam przeczytać najnowszą książkę z tej serii. Pewnie większość z was wie, ile spojlerów krążyło po sieci jeszcze długo przed polską premierą tej pozycji. Wystrzegałam się ich jak ognia, omijałam wszystkie posty, które mogły być potencjalnym zagrożeniem, niestety i mnie one dopadły, przez co nie byłam do końca pewna, czy nowa część Harry'ego będzie przynajmniej okay. Pomyślałam jednak "może nie będzie tak źle" i bez większych oczekiwań zabrałam się do lektury.

Powiem wam, że zaskoczyłam się, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Przede wszystkim przeczytałam ją w mgnieniu oka, czego przyczyną na pewno jest mała ilość tekstu. Czyta się przyjemnie, a akcja nie ciągnie się jak flaki z olejem. Fabuła może nie jest szczególnie porywająca, efektu "wow" u mnie nie wywołała, na szczęście okazała się o wiele lepsza, niż wydawała mi się po usłyszeniu spojlerów, określiła bym ją jako w porządku.

Bardzo zaskoczyli mnie bohaterowie, a w szczególności Draco Malfoy i najmłodszy syn Harry'ego- Albus. Co do Dracona, odniosłam wrażenie, że wreszcie dojrzał, co wyszło mu zdecydowanie na plus i nawet byłam w stanie go polubić, czego nie mogę powiedzieć o nim w poprzednich częściach. Zaś na Albusie się zawiodłam. Biorąc pod uwagę epilog siódmej części, wydawał mi się miłym chłopcem, nieco zagubionym, który widział w rodzicach wielkie wsparcie i przyjaciół, natomiast okazał się trochę inny niż go sobie wyobrażałam.
Co do  Harry'ego Rona i Hermiony, powiem wam, że było to trochę dziwne, czytać o nich jako trójce dorosłych ludzi, mających problemy z dziećmi, zdecydowanie wolę ich w wieku 11-17.

Przez to, że "Przeklęte Dziecko" to scenariusz, zabrakło mi tutaj większego rozwinięcia akcji, opisów emocji bohaterów itd., przez co wszystko jest trochę suche i okrojone, z opisami byłoby o niebo lepiej, ale rozumiem, że przy takiej formie inaczej się nie dało, więc już nie narzekam.

Podsumowując, jest to książka lekka, przyjemna, z małą ilością tekstu, więc dla młodszych czytelników jest to świetna opcja. Dla potterhead to na pewno możliwość powrotu do ukochanej serii. A dla reszty? Jeśli jesteście ciekawi albo po prostu chcecie przeczytać przyjemną pozycje to zachęcam, jeśli nawet wam się nie spodoba to nie stracicie na nią dużo czasu, natomiast nie jest to "must read".

Harry Potter i Przeklęte Dziecko otrzymuje ode mnie 6/10 białych piór.


Beata


Źródło opisu: Media Rodzina

6 listopada 2016

"Uwikłanie"


Korzystając z przywileju, jakim był długi weekend, pozwoliłam sobie świętować Halloween w jeden z najbardziej przyjemnych sposobów. Nikogo nie zdziwi fakt, że sięgnęłam po kolejny kryminał. Tym razem padło na „Uwikłanie” Zygmunta Miłoszewskiego, pierwszą część z trylogii o wybitnym prokuratorze Teodorze Szackim. Historia w niej opisana wzbudziła we mnie, jak zwykle w przypadku książek Miłoszewskiego, różnorodne, często przeciwstawne emocje.

Rok 2005, chłodna czerwcowa niedziela, idealny dzień na spędzenie go z rodziną. Nie dane jest to jednak dzielnemu, warszawskiemu prokuratorowi, który zostaje wezwany do nowej sprawy. Oczekując przestępstwa podobnego do większości do tej pory mu znanych – bijatyk zawziętych wyznawców melin zakończonych zabójstwami dokonanymi przez nieświadomych swoich czynów uczestników jatki, nie spodziewał się, że trafi na morderstwo z przyrządami kuchennymi w roli głównej i wnikliwą psychoanalizą w tle. Szacki dostaje w prezencie czworo podejrzanych, troje pacjentów i ich błyskotliwego lekarza, próbującego leczyć swoich podopiecznych przy pomocy niekonwencjonalnej terapii grupowej. Każdy z nich, w magiczny sposób, w czasie sesji przyjmuje emocje, myśli i zachowania członków rodziny drugiej osoby. Tylko czy ta metoda naprawdę działa? I czy żaden z pacjentów nie poczuł impulsu płynącego ze świadomości człowieka, którego rolę odgrywa, nakłaniającego go do karygodnego i makabrycznego czynu? Czytelnik w oczekiwaniu na odpowiedzi na postanowione pytania niejednokrotnie może się zadziwić, jakimi torami potoczy się historia. Daje nam zarówno dreszczyk emocji, jak i możliwość prowadzenia własnego, prywatnego śledztwa.

Ależ oczywiście samym wątkiem morderstwa żaden z nas nie byłby usatysfakcjonowany! W książce nie brakuje kwitnącego sarkazmu Szackiego, ciętych żartów policjanta Kuzniecowa i całkiem… ciekawych dialogów pomiędzy głównymi bohaterami. Godne podziwu są umiejętności pisarza, lekkość z jaką opisuje wydarzenia, przyciągając uwagę, nie nudząc mętnymi, długimi zdaniami, a zaskakując kolejnymi zwrotami akcji.

Przytoczony już na pierwszej stronie książki cytat Berta Hellingera „Nie ma złych, są tylko uwikłani” szybko znajdzie swoje odzwierciedlenie w opowieści Miłoszewskiego. Książka zasługuje na kilka, owocnie spędzonych nad nią, godzin.

Jako że jest to pierwsza recenzja na naszym blogu, pragnę Was poinformować o sposobie oceny recenzowanych przez nas dzieł. Każdy tytuł zostanie oceniany w skali od jednego do dziesięciu białych piór. Ich liczba zadecyduje o miejscu danej książki w rankingu tworzonym jako podsumowanie czytelniczego miesiąca. Będziemy wytrwale szukać, aż odnajdziemy prawdziwego białego kruka, który zadziwi niejednego z was!
Moja ocena „Uwikłania”: 8 pięknych białych piór!



Autorka recenzji: Marta


4 listopada 2016

Targi Książki w Krakowie - wrażenia

Witajcie!

Minął już tydzień od czasu Targów Książki w Krakowie. I powiem Wam, że jakoś mi tak z tym... nijako. Już tłumaczę o co mi chodzi. :)

W tym roku była to jubileuszowa 20 edycja Targów. Był to trzeci raz kiedy odwiedziłam to wydarzenie. I szczerze się przyznam, że mam mieszane uczucia co do tegorocznej edycji.
Pojawiłam się na Targach w sobotę. Wiedziałam doskonale, że to właśnie ten dzień cieszy się największym zainteresowaniem ale zaryzykowałam. W końcu w zeszłym roku nie było tak źle i bardzo dobrze się czułam, spotkałam wielu autorów, których w innych dniach nie ma ale... No właśnie! W tym roku nie było tak kolorowo.
Ale to może wina mojego nastawienia? Może oczekiwałam zbyt dużo po jubileuszowej edycji? Możliwe... co nie zmienia faktu, że czuje pewien zawód i niedosyt. W tym roku na Targach nie pojawił się żaden zagraniczny pisarz cieszący się uznaniem i dużym zainteresowaniem. Wspomnicie pewnie o Izraelu. Fakt, byli Izraelczycy ale z tego co widziałam zainteresowanie było niewielkie. Przechodziłam tamtędy kilka razy i widziałam, że reakcja wielu ludzi była podobna do mojej - stawali na chwilę, popatrzyli i ruszali w swoją stronę.
Zaobserwowałam też coś co pojawiło się chyba w tym roku po raz pierwszy - wejście dla blogerów, autorów i osób z biletem czterodniowym. Niestety nie miałam okazji go wypróbować ale słyszałam od znajomej blogerki, że nie do końca się to rozwiązanie sprawdziło. Jednak ocenić tego nie mogę bo nie korzystałam z tego rozwiązania i mam nadzieję, że w przyszłym roku się to zmieni i dane mi będzie Wam o tym opowiedzieć.

Ale halo! Przecież były i pozytywy! :) To co mnie zachwyciło to na pewno ogromna ilość naszych rodzimych pisarzy! Między innymi wspaniała i zawsze uśmiechnięta Elżbieta Chereźińska, do której kolejka ciągnęła się przez całą alejkę, i której widok zwalił mnie z nóg.



Ale stanęłam dzielnie w tej długaśniej kolejce by dostać autograf od swojej ukochanej polskiej pisarki. I wiecie co? Udało się!
Pani Elżbieta to wspaniała osoba. Bardzo ciepła i otwarta. Obdarzająca uśmiechem każdego. .


Pani Elżbieto, dziękuję! Żałuję tylko, że nie było czasu na dłuższą rozmowę.
Na Targach spotkałam się z Kasią z czego bardzo się cieszę. Z kolei ona spotkała Katarzynę Miszczuk!








Jeśli człowiek dobrze poszukał mógł natrafić też na świetne stoisko z książkowymi gadżetami od Książka w Mieście. Powiem Wam tylko tyle - gadżeciarz, rękodzielnik i książkoholik w jednym, to nie było dobre połączenie przy tym stoisku! :D Ograniczałam się jak mogłam ze względu na, już dość mocno odchudzony, portfel. Ale uwierzcie mi, moje serce płakało gdy odchodziłam stamtąd.

Pamiętam też jakiego szoku doznałam na widok stoiska Wydawnictwa Literackiego!
Ogromne książki wbite w ścianę... chce takie w swoim pokoju!











Nie można oczywiście zapomnieć o stoisku znanego i kochanego wydawnictwa Moondrive, które było po prostu cudowne.



Było też takie stoisko... nie pytajcie mnie czyje. Nie odważyłam się tam wejść, wszystko - DOSŁOWNIE WSZYSTKO dawało tam po oczach.








Nie zapomniałam też o odwiedzeniu stoiska wydawnictwa Papierowy Księżyc, na którym kosze-niespodzianki z tanimi książkami przyciągały tłumy.












No i jak co roku nie zabrakło też pluszowych przyjaciół dla najmniejszych uczestników Targów.










A tu kilka dodatkowych zdjęć ;)
 
                             



Podsumowując: Tegoroczne Targi Książki w Krakowie nie zwaliły mnie z nóg. Organizacja troszku szwankowała, a atrakcje jak na jubileusz nie spełniły moich osobistych oczekiwać. Ale nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało. Tyle książek i ich miłośników w jednym miejscu... to miało i ciągle ma TO COŚ!

Sylwia

P.S: Na Targach kupiłam kilka nowych książek do mojej biblioteczki... mam nadzieję, że pośród nich znajdzie się jakiś mój Biały Kruk.