2 listopada 2017

21 Targi Książki w Krakowie

Witajcie!
O ile jakiekolwiek żywe byty tu jeszcze zaglądają... :P W końcu na dość długo zaginęłyśmy w eterze bez wieści i chyba należą wam się na wstępie słowa wyjaśnienia, co nie? :) Gdzie byłyśmy, kiedy nie było nas tutaj? Co porabiałyśmy?
Odpowiedzi jest kilka, to co powinniście wiedzieć to to, że odpoczęłyśmy, byłyśmy na wakacjach, niektórym z nas doszły nowe obowiązki, niektóre znalazły pierwsze prace, a inne we wrześniu przekroczyły progi nowych szkół.
Lecz dziś, po ogarnięciu naszych wszystkich nowych i starych obowiązków, wracamy z nową siłą i mamy nadzieję, że od tej pory blog będzie się rozrastał, a was z każdym dniem będzie przybywać... ale wiecie co? Myślę, że to stanie się chyba już taką naszą tradycją, takim typowym recenzenckim cyklem. :D Cały rok będziemy dla was recenzować, znikając wraz z rozpoczęciem się wakacji i pojawiając się wraz z zakończeniem Targów Książki w Krakowie. :D A teraz nie przedłużając - zapraszam na kilka słów odnośnie tegorocznych Targów!


Niecały tydzień temu rozpoczęła się największa książkowa impreza w Polsce, na którą każdy szanujący się książkoholik oszczędza cały rok, a pojawienie się na niej stawia sobie jako punkt honoru! No dobrze, może tu trochę popłynęłam. :D No, ale raczej zgodzicie się ze mną, że chyba nie ma takiego mola książkowego, który na tejże imprezie nie pragnąłby być!
Mowa oczywiście o największych w Polsce Targach Książki, odbywających się co roku w pięknym Krakowie. Taaak, pięknym Krakowie... który zawsze w ostatni weekend października zamienia się w istne piekło komunikacyjne. I to właśnie za sprawą Targów. W takim momencie mieszkańcy Krakowa nie wiedzą czy przeklinać książkoholików za paraliżowanie połowy miasta czy cieszyć się, że mimo panującego w ostatnich latach przekonania, że coraz mniej ludzi czyta książki, oni z każdym rokiem na przekór temu, przybywają do Krakowa na to czytelnicze święto i z każdym rokiem biją kolejne rekordy liczby odwiedzających Targi.
Nie inaczej było w tym roku! Miasto sparaliżowane stoi w korkach - książkoholicy szczęśliwi toną w książkach. I ja również! Tym razem na Targach pojawiłam się w sobotę wczesnym rankiem, ponieważ nauczona zeszłorocznym doświadczeniem, mając w głowie wizję stania 40 minut w nawet 300 metrowej kolejce na wietrze przy temperaturze kilku stopni Celsjusza, wolałam jednak wstać w sobotę wcześnie rano. :D I całe szczęście! Bo zobaczcie jaką mini kolejkę zastałam przed wejściem!


Tak, ta kolejka to ta garstka ludzi tłoczących się pod daszkiem. Dlatego też, na Targi weszłam jak to się mówi "z buta". :P W środku, kolejka do kas praktycznie nie istniała. Podeszłam od razu i przemiła pani wydając mi bilet, przywitała mnie na 21 Krakowskich Targach Książki. Przeszłam przez bramki i przez głowę przemknęła mi jedynie myśl: "Tylko nie zacznij na środku holu skakać jak wariatka ze szczęścia!" Opanowałam się i grzecznie podeszłam do lady w poszukiwaniu planu Targów. Bo uwierzcie mi, te Targi są ogromne i bez mapki łatwo idzie się zgubić pośród alejek... przynajmniej na początku. :D
Plan jest szczególnie pomocny gdy szukacie konkretnych stoisk, wystawców czy autorów. Mnie uratował gdy przez 20 minut błądziłam po sektorze Dunaju podczas gdy to czego szukałam znajdowało się na sektorze Wisły.
Zresztą... uważam, że w tym roku sektor Dunaju był wyjątkowo "ubogi" - przynajmniej w moim odczuciu. Dlatego też moje książkowe polowania skupiły się w głównej mierze na sektorze Wisły.
Poniżej widzicie jak to wygląda.


I tak buszując między tymi alejkami, cieszyłam oczy obecnością tylu książek...


Ściana. Czaicie? Ściana zbudowana z książek! OMG! Pragnę takiej w moim pokoju! To wyglądało cudownie i na Targach można było zobaczyć więcej takich "smaczków". Chociażby to!


Piękne i wielkie portrety autorów wiszące nad regałami z półkami nad jednym ze stoisk. No po prostu cudo! Wyjątkowo mi się to spodobało. O! Albo stoisko oklejone żółtą taśmą, do którego śmiałam się, że jest wstęp wzbroniony, jako że to miejsce zbrodni na książkach. (Czyżby jakiś brutal pozaginał w nich rogi?!?!)


A na strefie komiksowej napotkałam takie regały. Zobaczyłam to i wiedziałam, że tu rozegrały się niezwykłe sceny... Uczcijmy minutą ciszy sprzedawców poległych w "walce z wiatrakami"... :P



Zdarzyło się jeszcze kilka fajnych stoisk lecz już nie tak bardzo wartych uwagi, dlatego pod tym względem byłam zawiedziona tegorocznymi Targami. Zeszłoroczne stoiska były zdecydowanie ładniejsze, dużo bardziej schludne, kolorowe i ciekawe. W zeszłym roku stoiska wręcz przyciągały i to nie tylko książkami ale także samym swoim wyglądem. Było stoisko lustrzane, gdzie wszystko dawało po oczach, były lewitujące książki, były wielkie księgi wbite w ścianę, kącik Harrego Pottera czy alejka dla gadżeciarzy książkowych. Nawet stoiska Papierowego Księżyca czy Moondrive'a prezentowały się w zeszłym roku o niebo lepiej! W tym roku... no cóż, było biednie... tak jakby coś nie do końca "pykło".
Ale za to nic i nikt nie byłby w stanie opisać mojej radości gdy znalazłam to stoisko...



Niby niepozorne, niby nic nadzwyczajnego... ale! Krył się tam prawdziwy skarb. Książka, na którą czekałam prawie 1,5 roku. Na tym stoisku mogłam ją kupić przedpremierowo! Och! Żebyście mnie wtedy widzieli. Szaleństwo w oczach, buch! książka za pazuchę i nerwowe przekopywanie plecaka w poszukiwaniu portfela. Wyobrażam sobie jak dziwacznie musiałam wyglądać. :D Ale mam, jest moja, jest cudowna, stoi już na półce i pięknie wygląda razem ze swoimi siostrami.




Na Targach nie zabrakło rozmów z innymi książkoholikami. Szczególnie sprzyjały rozmowom długaśnie kolejki po autografy. Z wieloma zamieniłam tylko kilka zdań, z innymi dane mi było potrajkotać dłuższą chwilę. Na przykład z dziewczyną, z którą czekałam w kolejce po autograf Jakuba Ćwieka. (Jeśli to kiedykolwiek przeczytasz to, to wiedz i pamiętaj, że ja czekam na tą twoją książkę... i mój obiecany autograf! Wszystkiego dobrego i powodzenia!)
Oczywiście z Jakubem się spotkałam, autograf dostałam i przekonałam się, że Kuba to wspaniały, otwarty, rozgadany i bardzo ciepły człowiek. :)



Z jednej ogromnej kolejki trafiłam do drugiej bowiem zapragnęłam autografu Kasi Miszczuk. Stałam tam... tak szczerze to nie wiem ile bo kolejka była tak wielka, że w pewnej chwili straciłam rachubę i po prostu zaczęłam czytać "Ja, diablica" i co rusz wybuchałam śmiechem. W końcu i mi dane było spotkać się z Kasią i otrzymać od niej autograf z jakże intrygującą dedykacją. :)



Oprócz tego upolowałam także sporo innych książek, kilka także w języku angielskim oraz niezwykle wydane "Baśnie osobliwe", które mnie po prostu zauroczyły. Odwiedziłam także panią z pięknymi metalowymi zakładkami, której szukam każdego roku na Targach i przeżyłam zawał gdy przestraszył mnie (proszę teraz nie śmiejcie się ze mnie) zając... Albo królik, właściwie nie wiem co to było ale to nie zmienia faktu, że całkowicie zaczytana w "Baśniach..." dałam się przestraszyć wędrującej po Targach maskotce. Ech...


Podsumowując, jak to powiedziała moja koleżanka: "Byłam. Zdobyłam. Zbankrutowałam. Książki zostały kupione." :D







No cóż, czas już na dobre pożegnać tegoroczne Targi Książki i teraz pozostaje tylko czekać by w przyszłym roku znów zakrzyknąć: Witajcie!

Sylwia

10 maja 2017

"Zły Romeo"



Przepełniona seksem, aluzjami i namiętnością... Nie żeby mi to przeszkadzało.


"Biegnę zatłoczonym chodnikiem, pokrywając się nerwowym potem w najmniej eleganckich zakamarkach ciała. W głowie słyszę głos matki: "Cassie, dama się nie poci. Dama błyszczy".
W takim razie, mamo, błyszczę się jak świnia."


"Zły Romeo" autorstwa Leisy Rayven kusił mnie od momentu swojego wydania, jednak brak czasu i pusty portfel sprawiły, że musiałam go odłożyć na dalszy plan.
To było prawdopodobnie przeznaczenie, gdy ujrzałam tę powieść na półce mojej dobrej koleżanki!
Słyszałam o tej książce wiele dobrego, wiele wspaniałych opinii i głośnego zachwycania się nią.
Ciekawość zmusiła mnie, by sprawdzić źródło tych słów.
Czy było warto? Zdecydowanie. Czy dołączyłam do grona wielbicieli? Trudno powiedzieć.


"- W takim razie zaczynamy - oznajmia Marco.
Wokół słychać szelest otwieranych scenariuszy.
Co za znakomity pomysł. Każda dobra historia musi się jakoś zacząć.
Czemu z tą miałoby być inaczej?"


Od początku... 
Główna bohaterka oraz narratorka książki to Cassandra Taylor. Niestabilna emocjonalnie aktorka, która po trzech latach samotności, na próbie nowej sztuki, spotyka sprawce wszystkich swoich problemów. Jest nim jej były chłopak, Ethan Holt, który wydaje się wylądował w tym miejscu zupełnie przypadkiem.
Na pewno, również zupełnym przypadkiem gra kochanka Cassie w przedstawieniu.
Nie-e.


"Po raz pierwszy ujrzałam go, kiedy udawałam seks analny z kimś, kogo poznałam zaledwie chwilę wcześniej.
O rany. Kiepsko to brzmi." 



Ethan ma bardzo jasny cel. Odzyskać to co kiedyś przez własną głupotę stracił (czyt. serce Cassie i własne szczęście). Co śmieszne, analizowałam to już kilka razy i tak naprawdę, nie mam pojęcia co się dokładnie stało, że oni rozdzielili się na trzy lata. Cassandra kilka razy wspomniała również, że Holt złamał jej serce dwa razy. Albo to ja czegoś nie zarejestrowałam, albo coś tu nie pyka...


"Przewracam oczami.
- No błagam. Wiesz, że byłeś świetny.
- Byłem - przyznaje, potakując.
- A jaki skromny.
- I przystojny. To musi być paskudne nie być mną."


Mimo kilku nieskładności, które zaznaczam mogą być tylko i wyłącznie z winy mojego niedoczytania, styl pisania autorki sprawia, że książę czyta się przyjemnie i szybko, a fabuła oraz uczucia głównej bohaterki szybko potrafią odnaleźć sobie miejsce w naszych głowach i sercach.


"Czasem  staje mi przed oczami szlochający i bezbronny, i właśnie taki jest najpiękniejszy na świecie.
Ale to była tylko rola.
Jest aktorem.
Bardzo, bardzo dobrym."


Przez dużą ilość czasu myślałam o Ethanie jak o ciepłych kluchach. Właściwie, czytając cały czas bałam się, że moja opinia wcale nie ulegnie zmianie. I tak było do końca książki, póki nie okazał odrobiny odwagi... szkoda tylko, że zrobił to przez telefon. Jednak muszę przyznać, że Holt, to była dość ciekawa odmiana bohatera książkowego, zwłaszcza po czytanych przeze mnie ostatnio romansach pełnych mężczyzn zgrywających macho, itp.
Bohater "Złego Romea" wydawał się być przez to troszkę bardziej prawdziwy, choć z przykrością stwierdzam, że cechy jakimi obdarzyła go autorka, nie sprawiają, że podbija on moje serce.
Ale jedno muszę mu przyznać! W pełni się zgadzam z jego opinią na temat "Romea i Julii" Szekspira. Zwłaszcza z jego poglądem na temat bohaterów tej sztuki, ale o tym już innym razem.

" - Chryste, Taylor, siadaj, bo zaraz się wywalisz.
Marudny głos. Nie podoba mu się Pijana Cassie. Ale Pijaną Cassie chuj to obchodzi.
Ha, ha, ha.
Właśnie powiedziałam słowo na "ch". W myślach, ale powiedziałam.
Niegrzeczna Pijana Cassie."


Jeśli chodzi o samą Cassie, to chyba nie przesadzę jak przyznam się, że ją po prostu uwielbiam. Jej poczucie humoru, dialogi jakie prowadzi z kimkolwiek lub samą sobą oraz niesamowita odwaga i siła ducha, sprawiały, że nie mogłam jej nie polubić.
Dodajcie do tego jej zboczony, szalony sposób myślenia i wychodzi nam bardzo realistycznie przedstawiona nastolatka. Jedyne, czego nie potrafiłam w niej zaakceptować to jej naiwność.
Ale cóż, nikt nie jest idealny, a gdyby nie ta drobna wada Cassie, która swoją drogą wprowadziła ją w niezłe szambo, główna bohaterka nie byłaby tą samą osobą, więc w pełni jestem w stanie pogodzić się z tą cechą.


"(...) Każdy kiedyś pomyśli, że nie jest w stanie przedstawić jakiejś postaci, bo się boi albo jest to zbyt osobiste. Ale waszym obowiązkiem jest znaleźć w sobie odwagę do okazywania własnych słabości. Na tym polega bycie dobrym aktorem. Jak to wspaniale określił Kefka, macie moc topienia wewnętrznych lodów, budzenia uśpionych komórek, czynienia nas bardziej żywymi, bardziej ludzkimi, bardziej samoistnymi, a zarazem tworzącymi wspólnotę. Właśnie dlatego robimy to, co robimy."



W książce bardzo podobało mi się zastosowanie, i to dość umiejętne, narracji w dwóch czasach. Wprowadzało ciekawy i wyjątkowy klimat, który myślę, że szczególnie spodobałby się fanom "Pamiętnika". 
 Ponadto, autorka widocznie pokazała zmiany jakie zaszły w bohaterach przez czas ich związku, a następnie ich rozłąki. Moim zdaniem ta metamorfoza wyszła w większości na dobre, chociaż wydaje mi się, że zdania mogłyby być podzielone w zależności od tego, kto jakie sobie ceni postępowanie i cechy charakteru.


 " Patrzymy na siebie jeszcze przez chwilę, a potem Holt schodzi za kulisy. No dobrze, jedziemy. Czas na scenę miłosną z udziałem dziewicy oraz faceta, który nienawidzi się za to, że jej pragnie.
Ale będzie zabawa."


W połowie czytania książki zorientowałam się co naprawdę mi w niej nie pasuje. Podczas, gdy w większości książek, (romansów czy też nie) to główny bohater inicjuje każdy intymniejszy moment i przejmuje rolę samca alfa w związku, to tutaj rolę się zupełnie zamieniły. Nie mam nic przeciwko dominowaniu kobiety w związku, ale Ethan nie to, że nie ma jaj, ale co chwilę je chowa, przez co to Cassie zajmuje się utrzymywaniem ich znajomości. I to w sumie całkiem sama, a to mi bardzo nie pasuje. Może dlatego nie doceniam zmiany Holta?


"- Czy powinnam dotknąć pana młodego tam? - pytam. - Bo przecież nigdy nie miałam styczności z tą częścią męskiego ciała.
Ani na scenie, ani poza nią, dodaję w duchu.
- Cóż - odpowiada Erika. - To prawda, powinniśmy się jednak strzec nieuzasadnionej dosłowności. Dotknij jego uda, a ja sprawdzę jak to wygląda z widowni.
Wyciągam dłoń i niechcący wierzchem nadgarstka muskam stwardniały członek. Ethan sztywnieje.
- To nie było udo.
- Przepraszam. Mój błąd.
Zaciska zęby.
- Nie mówiłem nic o błędzie, tylko że to nie było moje udo."


Powieść można polecić każdemu, kto szuka wzruszeń w dobrym stylu z dawką humoru, oraz namiętnych scen, przez które nie wiedziałam czasem czy się rumienić, śmiać, płakać czy błagać Boga o wybaczenie, bo co ja właściwie czytam?!

"- Jeśli wykopiesz mnie z obsady, zrozumiem, ale nie pozwolę, żebyś wyrzuciła mnie ze swojego życia. Nie poddam się bez walki. Jasne?
Teraz pojmuję, dlaczego Marco ustąpił. Determinacja Holta jest niezwykle przekonująca. Chce o nas walczyć? Bardzo miła odmiana."

Mimochodem zastanawiałam się co bym zrobiła na miejscu Cassie i doszłam do smutnych wniosków, że w ogóle nie pakowałabym się w podobny związek. A już tym bardziej nie byłabym w stanie obdarować kogoś zaufaniem po tak wielu porażkach.
Dlatego też podziwiam Cassie. Podziwiam jej siłę i czytając książkę cieszyłam się, że podczas najgorszych chwil, które zafundował jej Ethan, ona zawsze miała koło siebie wiernego przyjaciela.
 Swoją drogą postacie drugoplanowe, takie jak Ruby i Tris również są warci podziwu, ale o tym dlaczego dowiedzcie się sami...


"Jeśli o czymś nie wiem, nie zrani mnie to, prawda?
Prawda?" 

Ocena nie była łatwa, ale chcąc żyć w zgodzie ze swoim sumieniem "Zły Romeo" dostaje ode mnie 7 białych piórek.

P.S. Warto przeczytać choćby dla zabójczych tekstów Cassie... Przykład dla was niżej. Do następnego!

"- Polizała mnie - protestuje Ethan.
- Tak zrobiłaby Julia - tłumaczę.- Chciała wziąć jego truciznę. Masz szczęście, że nie wetknęłam ci języka do ust i nie zaczęłam nim obracać jak szczotką do czyszczenia kibli."

Wiki

11 marca 2017

Przemyślenia książkoholika


Cześć!
Dziś to nie będzie recenzja, dziś z trochę innej beczki.
Chciałam się z wami podzielić kilkoma spostrzeżeniami, chciałam napisać coś od siebie, coś co będzie miało znaczenie, co odbije się echem lub po prostu da do myślenia choć jednej osobie. Jeśli tak się stanie, to już będzie to mój mały osobisty sukces.

Bo wiecie, zdarzają się takie dni/tygodnie, kiedy wszystko się wali i pali, wszystko ma być perfekcyjnie i na już! A ty zwyczajnie masz dość. I choćbyś nie wiem jak chciał nie możesz zwolnić, nie możesz siąść, odpocząć i nawet przez kilka chwil zatracić się między kartami książki. Zwyczajnie nie i koniec! I właśnie ostatnio przytrafił mi się taki czas (między innymi dlatego przez pewiem okres nie dodawałam tu recenzji ;) chciałam jednoczeście podziękować Wiki za to, że w tym czasie dbała o bloga).

Dlatego, kiedy zdarzają się chwile, kiedy nikt nic ode mnie nie chce, a ja nie muszę nic konkretnego zrobić, staram się korzystać z tego spokoju. Staram się wtedy uciec od wszystkiego, od tego całego pośpiechu i gwaru innych ludzi, od zgiełku miasta, od komórek, laptopów i innych elektronicznych gadżetów.

Biore wtedy książkę i wychodzę z domu w duchu dziękując, że mieszkam całkiem niedaleko lasu. Kocham las równie mocno co książki, więc to połączenie działa na mnie niezwykle kojąco. A także bardzo inspirująco. Bo zazwyczaj jest tak, że oprócz książki biore ze sobą również zeszyt i długopis. Jestem rękodzielniczką z zamiłowaniem do pisania, więc jeśli w czasie spaceru do głowy wpadnie mi jakiś pomysł, nie ma obaw bym coś zapomniała - od razu to zapisuje. I przysięgam wam, tworzą się wtedy naprawde piękne pomysły! Kiedyś wam pokażę... na pewno.

Zawsze zmierzam do jednego miejsca, mojej ukochanej starej wierzby, chylącej się ku ziemi, na środku pola otoczonego z trzech stron lasem. Siadam na gałęzi, która dawno temu, w czasie burzy się nadłamała lecz wciąż z każdą wiosną wypuszcza pąki i otwieram książkę, znad której od czasu do czasu zerkam na pasące się sarny, również odwiedzające to miejsce. I myślę sobie wtedy jak wielu ludzi nigdy nie doświadczyło czegoś takiego. Takiej prostej radości z chwili spokoju, z czytania książki w samotności, z obserwowania zwierząt w ich naturalnym środowisku, z łapania na skórze pierwszych wiosennych promieni. Tak wielu ludzi jest ubogich o tak piękne chwile. I dlaczego? W imie czego?
Oczywiście każdy odpoczywa na swój sposób. Ale często jest tak, że jedynie nam się zdaje, że wypoczywamy. A tu telefon zadzwoni bo szef o czymś zapomniał poinformować, a to dziecko czegoś nie może znaleźć, a to mama prosi by coś zrobić właśnie teraz albo po prostu... dzieje się coś co przerywa nam nasz błogi spokój.

Nie rozumiem tego. Może jestem dziwna, w sumie często mi to mówią. Możliwe też, że jestem jakimś defektem na taśmie w fabryce świata. Ale po prostu nie rozumiem! Dlatego proszę was, wszystkich którzy to czytacie, znajdźcie czas i miejsce tylko i wyłącznie dla siebie. Czas, w którym to wy będziecie ważni i miejsce, do którego tylko wy będziecie mieli wstęp. Bo dzisiejszy świat jest szalony. Nie zagubcie się w nim...

Sylwia

5 marca 2017

"Precz z brunetami!"


 A ja wciąż uwielbiam brunetów...

 " - Czyli faceta trzeba jednak tłamsić?! - zirytowała się Madzia.
- Czemu od razu używasz takich brzydkich słów? Tłamsić... Ja bym raczej powiedziała: trzymać rękę na pulsie, czuwać, dyskretnie kontrolować sytuację. Zaraz tłamsić!"

 Marta Obuch, autorka "Precz z brunetami!" jest na pewno osobą, której poczucia humoru nie brakuje. Oczywiście nie chodzi mi tu o nawiązanie, że książka to żart, bo pozostawia po sobie dość dobre wrażenie. Czegoś jej po prostu brakuje, ale nie dowcip.

"- Pomidora! Jak zaraz nie zjem pomidora, to zdechnę - oświadczyła z determinacją pod wpływem wspomnień. - Pomidora!
 Neta spojrzała na przyjaciółkę ze zdumieniem, ale nie zgłosiła protestu. Wiadomo przecież, że kobiety różnie reagują, kiedy tracą obiekt westchnień. Jeśli może na to poradzić zwykłe warzywo...
- Idę po słodzik, bo z cukrem kawy nie wypiję, to ci przy okazji kupię. Ty w tym czasie może coś zrób. Zajmij czymś główkę, najlepiej rączkami. Nie wiem, wyszoruj podłogę czy coś. Wracam za chwilę.
- Rączkami to ja się dzisiaj mogę tylko upić - zakrzyknęła buntowniczo Madzia."

 Główną bohaterkę, Madzie, właśnie zostawił facet. Dosłownie zostawił, bo zniknął nagle i bez słowa. Co w tym przypadku postanawia Magdalena? Oczywiście wynajmuje prywatnego detektywa, by ten skubańca znalazł. Jednak wszystko nagle zaczyna przybierać dziwnego kierunku...

"Waldusia należy odnaleźć.
Należy go odnaleźć i spojrzeć mu w twarz.
I albo mu w tę gębę napluć, albo z tej gęby usłyszeć słowa wyjaśnienia.
Koniec, kropka!"

 Detektyw dwoi się i troi - dosłownie i w przenośni, najlepsza przyjaciółka wspiera wiernie każdy najgłupszy pomysł pozostawionej Madzi i nie wiadomo kiedy dziewczyny zostają wplątane w wcale nie małego kalibru śledztwo. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że przypadkowo, bo one same pakują się wszędzie i mieszają, co wywołuję nie jedną śmieszną sytuację.

"Czasem najlepsze rzeczy zaczynają się kretyńsko, a te wspaniałe padają na twarz w przedbiegach."

 Podoba mi się bardzo prowadzony wątek przyjaźni Madzi i Nety. Jest typowym przykładem znajomości kobiet. Miałam czasem wrażenie, że widzę siebie i moje własne przyjaciółki.
 Podczas czytania przypomniała mi się nawet sentencja:
 "Prawdziwy przyjaciel to taki, który, gdy mu powiesz, że właśnie kogoś zabiłeś, zapyta: Gdzie zakopiemy zwłoki?"
 To jest najlepszy opis przyjaźni dwójki kobiet w tej książce.

"- Kiedy go znalazłaś? Notes, oczywiście, nie gęś.
Madzia zastanowiła się chwilę, po czym rzuciła:
- Przedwczoraj zmieniałam pościel?
- Hmmm. - Neta pomachała widelcem w powietrzu. - Dobre pytanie, tylko czemu takie głębokie? Poproszę zestaw mniej filozoficzny."

 Kryminalny wątek ciągnie się powolutku, ale tylko na początku. Nabiera rozpędu jak żółwik, po czym mknie jak zając po polu, za którym aż ciężko nadążyć. Było kilka momentów, gdy po prostu miałam małą przerwę w myśleniu, bo nie potrafiłam zrozumieć co się właśnie dzieje. Nie jestem pewna, czy to wina mojego powolnego myślenia, czy autorki, która nieskładnie pisze.
 Mimo wszystko podziwiam Panią Obuch, bo pisząc taką książkę w życiu nie dałabym rady nie pogubić się w tym wszystkim.

"- On jakieś sztuki odstawiał na tym dworcu. - Madzia zniżyła głos. - Wlazł do kiosku, dał coś sprzedawcy, nie wiem co, nie widziałam, a potem dostał od niego gazetę. A miny mieli przy tym takie, jakby co najmniej przemycali diamenty! Potem polazł do ubikacji. Na piętnaście minut.
- Może sraczki dostał z emocji."

 Strasznie denerwowały mnie poruszane tematy polityczne. Co prawda z dużą ich częścią się zgadzam, ale miałam nie miłe wrażenie, że autorka podchodzi do tego... agresywnie? Jak dla mnie za dużo poglądów prywatnych jest uwzględnionych w tekście.

 "Wygląd zewnętrzny.
 Niby nic nie znaczy, niby miłość to jedność dusz...
 Tylko dziwnym trafem mężczyzna woli się jednoczyć z pięknością o metrowych rzęsach niż rozprawiać o Arystotelesie z babsztylem w traperach i porozwlekanym swetrze.
 Gdzie tu sprawiedliwość?"

  Nie wiem dokładnie co w tym jest, ale zwróciliście uwagę, że w większości książek z wątkiem kryminalnym, lub ogólnie kryminałów, wybrankami bohaterek są policjanci/detektywi/ktokolwiek z odznaką?
 Bywa to czasem trochę frustrujące. Myślałam, że może tutaj schemat zostanie złamany, ale... Nie będę wam spojlerować...

 "- Z chłopami to same kłopoty, ale bez chłopów nie da się żyć... Głupio ten Bóg wymyślił.
Olka uspokoiła się na tyle, żeby żałosnym głosem skomentować:
- Bo... Bóg to też chłop, cholera!"

 Podsumowując...
 Trudne łatwego początki. Książka potrzebuje tych kilkunastu stron, aby wciągnąć, momentami szczerzyłam się do niej jak głupia, bo teksty niektóre po prostu są boskie i jak z życia wzięte.
 "Precz z brunetami!" dostaje ode mnie 6 białych piórek. Jak już mówiłam coś jej brakowało.

Do następnego!

Wiki

26 lutego 2017

"Daj mi odpowiedź"


 Coś dla tych bardzo znudzonych...

"Nie chodziło o to, że Teo nie lubił Jane Connelly. Była dla niego neutralna. Zawsze była miła. Gdy jego mama uczęszczała kiedyś na nocne zajęcia, on spędzał z nią wiele czasu."

 Po przeczytaniu "Musimy coś zmienić" autorstwa Sandy Hall spodziewałam się chyba czegoś... lepszego? Oczywiście nie były to jakieś wysokie wymagania, ale gdyby chociaż "Daj mi odpowiedź" mogło zasłużyć na 8 białych piór?

"- Taa, po prostu nie mogę sobie wyobrazić, w jakie kłopoty mogłaby się wplątać ta dwójka.
- Założę się, że okradają staruszki.
- I strącają skrzynki na listy kijami bejsbolowymi.
- Zabierają dzieciom cukierki - dodała Margo.
- Zakładają druty elektryczne na koty - powiedziała Jane.
- Wypijają całe wino i nie idą spać po dziesiątej.
- Taa, są cholernymi twardzielami."

 Przyznaję książka miała swoje plusy. Zabawne dialogi, niektórzy ciekawi bohaterzy, realizm sytuacji, ale słabo się to wybijało na tle charakteru głównych bohaterów.

"- Przepraszam - pisnęła Jane, przepraszając Teo i krzesło, które potrąciła.
- Nie, w porządku. Trochę mnie zaskoczyłaś - odparł Teo, patrząc na papierowy ręcznik, jakby nie wiedział właściwie, jak znalazł się w jego dłoni. Odłożył go i poszedł do pralni, gdzie złapał koszulkę bez rękawów, po czym włożył ją na siebie.
- Dzięki. Jak widać, nie radzę sobie z widokiem męskich sutków - powiedziała Jane, rumieniąc się jeszcze bardziej i zasłaniając dłonią usta. Powinnam mieć całkowity zakaz mówienia, pomyślała." 

 Ale zacznijmy od początku.
 Jane Connelly to młoda, niezdecydowana dziewczyna, która uważa, że jest idiotką w rodzinie geniuszy, co jak się później okazuje jest całkiem bliskie prawdy, ale szanuje ją za chwilowe przebłyski logicznego myślenia.
 Jane potrzebuje pracy. Teraz, zaraz, aby uniknąć praktyk na uczelni gdzie pracuje jej mama, z którą kontakt nie jest wzorowy.
 W ten oto sposób młoda dziewczyna ląduje w domu Buchananów, jako opiekunka trójki dziewczynek, sióstr starego kolegi, Tea.

"- Och na Boga, oto i twój cień - powiedziała Jane.
- Kto? Keegan? - powiedział, odwracając się w złą stronę.
- Nie, ten drugi.
Teo rozpromienił się, jak tylko zobaczył Raviego. Podskoczył i praktycznie go przytulił."

 Mateo Garcia od dłuższego czasu prowadzi poszukiwania swojego biologicznego ojca. Jane w jego domu nie przeszkadza mu w tym, jednak jest małym problemem, gdyż jego najlepszy przyjaciel, Ravi, niezbyt za nią przepada. Co zrobić, żeby ta dwójka się nie pozabijała?

"- Jesteśmy tylko przyjaciółmi - broniła się Jane, ale rumieniec ją zdradził.
- Nie wierzę ci.
- Przysięgam!
- Powiedz co się wydarzyło wczoraj wieczorem, a ja ci powiem, czy jesteście "tylko przyjaciółmi" - powiedziała Margo, kiedy weszły do basenu."

 Wiele jest historii miłosnych, jak widać na powyższym cytacie, autorka tej książki postanowiła uderzyć w typowy romans z wyparciem i tekstami "jesteśmy tylko przyjaciółmi", a na zakrapianej imprezie nagle nastaje oświecenie...
 To takie "prawdziwe" i "oryginalne".

" - Czy tu jest gorąco? - zapytał.
- Tak, jest gorąco.
- Dobrze, to znaczy, że nie tylko ja to czuję. Myślę sobie, wiesz, na Syberii oni umieszczają whispey, whisqey, whisp... - wypuścił głośno powietrze z ust i spróbował ponownie, śmiejąc się z siebie. - Whisky!"

 Często czytuję fanfiki i żałuję, że ten temat w książce nie został bardziej rozwinięty, bo wydawało się to ciekawym pomysłem.
 Gdy teraz o tym myślę, w sumie cała powieść wydawała się po prostu fanfiction. Może właśnie dlatego mimo wszystko jakoś mi się to spodobało na swój sposób.

"- Brzmisz jak moja babcia.
- To wspaniała kobieta. Jak się miewa ostatnimi czasy?
- Umarła trzy lata temu.
- Och. Wow. Pamiętam. Przykro mi z powodu twojej straty."

 Zachwycił mnie motyw z Magiczną Ósemką - kula losująca odpowiedzi na pytania - jednak w pewnym momencie miałam jakby wrażenie, że za dużo decyzji jest uzależnionych od jej opinii i ogólnie wszyscy traktowali ją strasznie poważnie. Przez to wszystko bohaterzy wydawali mi się mało dojrzali jak na swój wiek.

"- Było bardzo fajnie.
- Było - zgodził się Teo.
Jak tylko przeszła przez drzwi wejściowe, machając do niego zza ramienia, Teo oparł głowę o kierownicę.
- Naprawdę powinienem był ją pocałować."

 To chyba wszystko co mam do powiedzenia na temat tej książki. Nie pozostawiła po sobie zbyt dobrego wrażenia, ale mogło być gorzej. Zawsze mogła być po prostu nudna... Na szczęście humoru w niej nie brakuje, więc nie jest najgorzej.
 "Daj mi odpowiedź" dostaje ode mnie 6 białych piórek.
 Polecam wszystkim, którzy z braku laku nie mają co czytać. Dużo się z tego nie wyniesie, ale pośmiać się można.

Do następnego!

Wiki

14 lutego 2017

"Eleonora & Park"


Nic bym nie zmieniła w tej książce... oprócz zakończenia.

 Do "Eleonory & Parka", autorstwa Rainbow Rowell przez bardzo długi czas nie mogłam się zabrać. Słyszałam o niej tyle dobrego, że bałam się, iż książka nie dorówna moim wyczekiwaniom. No proszę. Jednak jej się udało.

"To głupie: siedzieć z kimś dzień w dzień i z nim nie gadać. Nawet jeśli ten ktoś jest bardzo dziwny. (Jezu, to prawdziwa dziwaczka. Dziś wyglądała jak choinka - miała do ciuchów poprzyczepiane jakieś strzępki materiałów i wstążek...)."

 To pierwsza książka, w której bohaterka nie wygląda jak ósmy cud świata. I bardzo mi się to podoba, bo przyznaję się do moich egoistycznych rozmyślań, może dla mnie też jest jeszcze nadzieja...
 Przy okazji w końcu jakiś bohater książkowy jest ode mnie niższy! Park ma metr sześćdziesiąt dwa, a ja sześćdziesiąt pięć! Nawet nie wiecie jaka radość!

"- Nienawidzę go - mówiła Eleonora.
- Ja nienawidzę go tak bardzo, że chciałabym, żeby umarł - podbijała Maisie.
- Mam nadzieję, że w pracy przygniecie go drabina.
- Ja mam nadzieję, że przejedzie go ciężarówka.
- Śmieciarka.
- O, tak! - mówiła Maisie, szczerząc zęby. - I wszystkie śmieci wysypią się na jego zwłoki.
- I przejedzie go jeszcze autobus.
- Super.
- Chciałabym wtedy nim jechać."

 Książka tryska humorem i jest niewiarygodnie słodka, ale nie tylko, bo mnóstwo w niej problemów i poważnych przemyśleń typowych dla nastolatków. Bohaterowie nie są idealni i zdają sobie bardzo dobrze z tego sprawę jednak wspominają o tym w większości z olbrzymim dystansem do siebie, za co mam do nich wielki szacunek.

"Park nie wiedział, że ruda osoba może mieć brązowe oczy. (Nie wiedział też, że można mieć tak rude włosy. Albo tak białą skórę). Oczy tej nowej były ciemniejsze niż oczy jego mamy. Były naprawdę ciemne, prawie jak dziury w twarzy."

 Byłam strasznie ciekawa jak to wyjdzie, że z zupełnie obcych sobie osób, które nawet się sobie nie podobają, Eleonora i Park staną się zakochaną parą nastolatków i o dziwo wyszło to całkiem naturalnie. Po prostu. Z czasem. Jak w prawdziwym życiu, kiedy miłość przychodzi etapami.

"A może - myślał sobie teraz - po prostu nie rozpoznawałem wszystkich poprzednich dziewczyn. Tak jak komputer odrzuci dyskietkę, jeśli nie rozpozna formatu pliku.
 Kiedy dotknął dłoni Eleonory, rozpoznał ją. Wiedział o tym."

 Uwielbiam Marvela, więc dyskusje głównych bohaterów na temat komiksów o X-Menach strasznie mnie ciekawiły i bawiły. W ogóle ich dialogi mogę zaliczyć do jednych z najbardziej udanych elementów tej książki.

"Miała taki uśmiech, jaki się widuje w reklamach pasty do zębów. Taki, że można policzyć wszystkie zęby. Park pomyślał, że powinna się tak uśmiechać przez cały czas. Jej twarz robiła się wtedy piękna. Chciał sprawić, by cały czas się tak uśmiechała."

 Strasznie mnie bolały przebłyski płytkości, a czasem nawet głupoty Parka. Rozumiem, że większy szacunek wśród kumpli jest jak się spotykasz z dobrze wyposażoną, wysoką blondynką, ale jeśli kogoś, lub też nawet coś się kocha, nie powinno się tego wstydzić. Nie i koniec. Bo inaczej jak to, by o nas świadczyło?

"Tęsknił za nią...
Ciekawe tylko za czym. Za jej tłuszczem? Za jej popieprzeniem? Za tym, że nie potrafiła z nim rozmawiać jak normalna osoba? Nieważne. To że prawdopodobnie kieruje nim jakieś zboczenie, nie było jej problemem. Ważne, że ją lubił. Była tego pewna."

 Kocham Eleonorę i jej podejście. To po prostu mój sposób myślenia! Dlaczego mnie lubi? Nie mój problem, że najwyraźniej ma źle poprzestawiane w głowie. Grunt, że mnie lubi.
 Eleonoro, tylko tak dalej!

"Włożył długopis do kieszeni, a potem wziął jej dłoń i przyłożył sobie na chwilę do serca.
To była najprzyjemniejsza rzecz, jaką Eleonora mogła sobie wyobrazić. Od razu zapragnęła rodzić mu dzieci i oddać obie nerki."
 Co mnie zastanawia? Jak można nazywać chłopaka ślicznym?! Nie potrafię sobie tego wyobrazić, a Eleonora ciągle tak myśli o Parku i to brzmi tak... dziwnie. Czy tylko dla mnie?

"- Powiedz coś.
- Nie wiem, co powiedzieć.
- Powiedz coś, żebym nie czuł się ja idiota.
- Nie czuj się jak idiota, Park.
- Dzięki."

 Wspominałam już, że uwielbiam ich rozmowy? Szczególnie dlatego, bo są bardzo realistyczne, czasami mi się wydawało jakbym czytała rozgrywającą się scenę między mną, a moimi przyjaciółkami, jeśli chodzi o niektóre głupie teksty.

"Eleonora miała rację - nigdy nie wyglądała ładnie. Wyglądała jak dzieło sztuki, a sztuka nie może być po prostu ładna; sztuka ma wywoływać emocje."

 Myśl, że jakikolwiek chłopak mógłby pomyśleć o mnie jak o dziele sztuki, sprawia, że mój mózg każe mi zejść na ziemie i krzyczy:
- Wika za daleko odpłynęłaś!
 Dlatego szczerze im zazdroszczę takiego zapatrzenia w drugą osobę, nawet jeśli oni nie istnieją, choć kto to wie?

"- Zgadza się. Twoja mama jest Dunką?
- Tak.
- A tata?
- Dupkiem."

 Jedyne co bym zmieniła w tej książce? Zakończenie!
 Czuję się jakby ktoś wyrwał ostatnie strony książki i pozbawił mnie ostatnich chwil tej historii. Miałam taki wielki znak zapytania nad głową po skończeniu książki, że bałam się, że gdy wreszcie mnie całkiem dopadnie, to pozostanę z wielkim sinikiem na głowie.
 Mam tylko nadzieję, że wszystko co sama sobie dopowiedziałam w związku z tą historią i jej końcem, jest jak najbardziej prawidłowe, bo chyba bym nie przeżyła jakby było inaczej.

"- Nigdy nie wyglądam ładnie - zaprzeczyła. Jakby był idiotą.
- Mnie się podoba, jak wyglądasz - odparł, ale zabrzmiało to nie jak komplement, tylko jakby się z nią kłócił.
- Ale to nie oznacza ładnie - Też szeptała.
- No dobra, wyglądasz jak włóczęga.
- Włóczęga? - Oczy jej rozbłysły.
- Tak, cygański włóczęga - potwierdził. - Wyglądasz, jakbyś właśnie dołączyła do obsady Godspell.
- Nie wiem nawet, co to jest.
- Coś okropnego.
Podeszła krok bliżej.
- Wyglądam jak włóczęga?
- Gorzej, jak smutny włóczęga-klaun.
- I tobie się to podoba?
- Uwielbiam to.
Gdy tylko to powiedział, Eleonora nagle się uśmiechnęła. A gdy ona się uśmiechała, coś w nim pękało. 
Za każdym razem."

 Trudno mi było tej cudownej i dziwacznej parze dać jakąkolwiek ocenę, ale po długich rozmyślaniach, stwierdzam iż "Eleonora & Park" rozjaśniło mój szary, zimowy dzień pełnymi kolorów dialogami, jednak przez zakończenie, które sprawia, że mój mózg się przegrzewa dostaje 9 białych piór.

Do następnego!

Wiki

8 lutego 2017

"Ponad wszystko"


Życie jest krótkie, ale na takie książki bez problemu znajdę czas!

 "Ponad wszystko" autorstwa Nicoli Yoon... To na pewno nie będzie ostatnia książka tej autorki, która znajdzie się na mojej półce!

"Przeczytałam o wiele więcej książek niż wy. Nieważne, ile przeczytaliście, ja mam na swoim koncie więcej. Wierzcie mi: miałam na to czas."

 Po mojej ostatniej przeczytanej książce potrzebowałam porządnego zastrzyku dobrej opowieści i oto i on! Spontanicznie kupiony egzemplarz "Ponad wszystko", który wybił mi z głowy wszystko i zamknął między stronami na całą noc!

"W skrócie - mam alergię na cały świat. (...) I dlatego jestem uwięziona w domu. Nie wyszłam z niego od siedemnastu lat."

 Główna bohaterka, Madeline, ma dożywotni szlaban domowy, jednak nie dlatego, że nabroiła. O nie. Nie może wyjść z domu, gdyż takie wyjście mogłoby ją zabić. Przez osłabiony organizm zabić ją może wszystko, ponieważ każda rzecz na świecie może nagle wywołać u niej reakcje alergiczną.  Wyobrażacie sobie taką rzeczywistość? Ona nie zna innej.

"Wczoraj w nocy śniło mi się, że wcale się nie wyprowadzili. Zostali porwani przez kosmitów. Obcy nie zabrali mnie, bo jestem chora, a oni chcą tylko zdrowych. Zabrali mamę, Carlę i tamtą rodzinę z sąsiedniego domu, a ja zostałam zupełnie sama."

 Jedyne osoby z jakimi ma kontakt to jej mama, oraz pielęgniarka, Carla, którą po prostu pokochałam. A jednak, któregoś dnia do sąsiedniego domu wprowadza się ktoś jeszcze, kto przedrze się przez bariery domu Madeline...

"Olly: a więc nie kopciuszek i nie roszpunka. czyli śnieżka. zła macocha rzuciła na ciebie czar. nie możesz opuścić domu i świat nigdy nie dowie się jaka jesteś śliczna
Madeline: W bajce było inaczej. Wiedziałeś, że w oryginalnej wersji to wcale nie była macocha, tylko zła matka? Wyobrażasz to sobie? I nie było tam krasnali. Ciekawe, prawda?
Olly: jeszcze jak
Madeline: Nie jestem księżniczką.
Madeline: I nie trzeba mnie uwalniać.
Olly: to dobrze, bo ze mnie żaden książę
Madeline: Uważasz, że jestem śliczna?
Olly: jak na szpiegującego ducha księżniczki z bajki? jak najbardziej"

 Madeline nie może wychodzić z domu, więc jej pierwszy kontakt z Oliverem odbywa się poprzez czat. Gra w pięć ulubionych rzeczy oraz podobne poczucie humoru zbliżają ich do siebie krok po kroczku... Swoją drogą w moje poczucie humoru też się wpasowali, więc nie raz parsknęłam śmiechem podczas czytania. Widują się też czasem przez okna w swoich pokojach i rysują na szybach wiadomości. Jednak czy to może wystarczyć jako podstawa relacji romantycznej?

"Madeline: W życiu bym nie zgadła, że matematyka to twój ulubiony przedmiot.
Olly: dlaczego?
Madeline: Nie wiem. Wspinasz się na budynki, przeskakujesz przez różne rzeczy. Większość osób ma zdolności umysłowe albo fizyczne, ale nie jedno i drugie.
Olly: czy to miły sposób na stwierdzenie że twoim zdaniem jestem kretynem?
Madeline: Nie! Skąd! Chciałam powiedzieć... Nie wiem, co chciałam powiedzieć.
Olly: chciałaś powiedzieć że jestem zbyt seksowny jak na dobrego matematyka. nie ma sprawy często to słyszę"

 Olly jest arogancki, pewny siebie, uwielbia matematykę i porkour, nie uznaje znaków interpunkcyjnych, a jednocześnie jest słodki i nie da się w nim nie zakochać! Ja się pytam, gdzie takiego znajdę?

" - Wcale nie chcesz tego oglądać. To okropny filmik. Kot umiera.
Przez chwilę wpatrujemy się w siebie, obie zszokowane. Ja tym, że jestem kretynką i że nie mogę uwierzyć, iż powiedziałam coś takiego. Carla tym, że jestem kretynką i że nie może uwierzyć, iż mogłam powiedzieć coś takiego."

 Najchętniej jako cytat przytłoczyłabym wam tu całą książkę, ale myślę, że sami powinniście to przeczytać, bo ta książka, jej bohaterowie, jej dialogi i nie zapomnijmy tutaj o wspaniałych ilustracjach podbiły moje serce! Boję się, że za dużo wam wygadam, a chciałabym abyście z równą przyjemnością odkryli tą historię!

"Po raz pierwszy od bardzo dawna pragnę więcej, niż mam"

 Ale to nie tak, że książka jest super tylko dlatego, bo jest w niej Olly i jest zabawna. Nie! Wzrusza, o Boże, bardzo wzrusza. Pierwszy raz od kiedy pamiętam chciałam płakać podczas czytania, a nikt nie umarł! Byłam sobą autentycznie zdumiona, bo ja bardzo rzadko się wzruszam! A jednak bolało mnie serce podczas niektórych momentów.

"Madeline: Bądźmy po prostu przyjaciółmi.
Olly: ok
Olly: ale żadnego przyglądania się moim mięśniom
Madeline: Przyjaciółmi, Olly!
Olly: moim oczom
Madeline: Żadnego wspominania o moich piegach.
Madelina: I włosach.
Olly: i o twoich ustach
Madeline: Oraz o dołeczku w twoim policzku.
Olly: podoba ci się mój dołeczek?
Madeline: Przyjaciółmi!
Olly: ok"

 Wspominałam o ilustracjach, ale tak naprawdę, wy nie wiecie o co chodzi, przecież!
 Otóż książka jest ilustrowana - przez Davida Yoona, męża autorki - jednak nie są to takie typowe ilustracje przedstawiające sytuacje, w których dany bohater się aktualnie znajduje. One pokazują nam to co siedzi Madeline w głowie! Na przykład Poradnik całowania dla początkujących, lub też Techniki zajmowania czasu. Pozwalają nam też na dowiedzenie się rzeczy, o których główna bohaterka, w narracji pierwszoosobowej, nie myśli, co mnie się bardzo podoba, bo często autor książki wciska w takiej narracji na siłę jakąś myśl, abyśmy wiedzieli o czymś w późniejszych wydarzeniach.

"- Czy to zawsze tak jest? - pytam zdyszana.
- Nie - odpowiada. - Nigdy tak nie jest. - W jego głowie słyszę zdumienie."
  Coś tutaj skłoniło mnie też do refleksji. W temacie ciężkim, bo dotyczącym wybaczenia. Zauważyłam, że tutaj zawsze jest ciężko. Nie chcę spojlerować, więc napiszę tylko, że nie mam pojęcia, co bym zrobiła na miejscu głównej bohaterki i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała stawać przed podobną sytuacją.
 

"(...) świat wydaje się uporządkowany i sensowny.
Ja jednak wiem, że jest w nim coś więcej. Oraz mniej. Jest zorganizowany, a jednocześnie chaotyczny. Piękny, ale i dziwny."

 Po zakończeniu czuję lekki niedosyt, ale mam pełną świadomość, że to zakończenie jest idealne, więc akceptuje je w całości i czekam z niecierpliwością na następne książki Nicole Yoon.

 No cóż. Nie ma bata, żeby "Ponad wszystko" dostało ode mnie inną ocenę niż maksymalną, czyli BIAŁEGO KRUKA, bo całkowicie i niezaprzeczalnie dla mnie to skarb nad skarbami i wyjątek wśród wyjątków.
 Jeśli ktoś się wahał czy czytać mam nadzieję, że odgoniłam wątpliwości.

 Do następnego!

Wiki

"Tajemne Miasto"



Nie chcę mi się wierzyć, że "Tajemne Miasto" zostało napisane przez te same osoby co "Tajemny Ogień"...

Recenzja zawiera spojlery dotyczące pierwszej części serii - "Tajemnego Ognia". Czytasz na własną odpowiedzialność.

"Co chwila obracała się, żeby sprawdzić, gdzie jest Taylor, która blada i przejęta, nadal biegła tuż za nią. W sercu Louisy zatliła się iskierka dumy. Taylor okazała się twarda, twardsza niż można się było spodziewać."

 Od początku...
 C.J Daugherty... Carina Rozenfeld... mam nadzieję, że to jedna wielka pomyłka...
 Zmylenie czytelnika było chyba głównym celem wyżej wymienionych pań. Dlaczego?
 Kończąc "Tajemny Ogień" jesteśmy przekonani, że Sacha i Taylor mają jeszcze całkiem sporo czasu, w końcu to kilka tygodni.
 I nagle BOOM! Zostało nam kilka nie tygodni, a dni! Ja się pytam gdzie to uciekło? I dlaczego z książki wynika, jakby w tym miejscu była jedna czarna dziura? Nie uwierzę, że podczas tego całego czasu nic ciekawego się nie zdarzyło, tym bardziej wiedząc jak wyraźna jest chemia między głównymi bohaterami. Powiedzieć, że byłam zdezorientowana już na samym początku to mało powiedziane.
 W dodatku nie jestem pewna jak były liczone ostatnie dni Sachy, ale mam wrażenie, że w "Tajemnym Mieście" coś zostało pomylone.

"Rozchyliła usta, żeby dodać coś jeszcze albo go pocałować - nie była pewna, co woli. Zakręciło jej się w głowie. Ręka Sachy przesunęła się w górę jej ramienia.
- O, świetnie, tu jesteście.
Błyskawicznie odskoczyli od siebie z minami winowajców, a odwróciwszy głowy ujrzeli Alastaira, który szedł od strony budynku administracji."

 Jak już jesteśmy przy chemii Sachy i Taylor, to mam pytanie. Ile razy w całej książce jest dozwolone wstawiać MOMENTY, takie jak powyższy na przykład i za każdym razem nie doprowadzać ich do skutku?! W pewnym momencie było to już po prostu irytujące.
 No, ale dobra. W końcu coś zaczęło się dziać, ale tak naprawdę wszystkie romantyczne sceny z głównymi bohaterami - i nie tylko z nimi - wydają mi się strasznie, ale to STRASZNIE wymuszone. Jakby ktoś na siłę próbował wcisnąć ten wątek.

"- Nikt mnie nie poinformował o odnalezieniu tego woluminu. - W głosie profesora pobrzmiewała oskarżycielska nuta. - Ja sprawuję pieczę nad niemieckimi tekstami alchemicznymi z okresu średniowiecza. (...) - Studiowałem te symbole przez całą swoją akademicką karierę - powiedział cicho Zeitinger. - Przemierzyłem kawał świata w poszukiwaniu tego tekstu."

Kolejna sprawa.
Wszyscy od kilku tygodni - od czasu zakończenia akcji "Tajemnego Ognia" - próbują rozszyfrować księgę, która ma im pomóc w uratowaniu świata i co się nagle okazuje? Że jest ona po niemiecku! W starożytnym kuźwa niemieckim! I oczywiście nikt przez te wszystkie tygodnie nie zorientował się... Co lepsze! Profesor, który ten język rozpoznał szukał tej książki przez długi czas, a okazuje się, że ona była przez cały ten okres pod jego nosem tylko jakiś geniusz ją odłożył na złe miejsce!
 Gdyby moje problemy tak wyglądały...

""Przeszłość nie ma znaczenia - przypomniała sobie. - Przeszłość cię nie zrani, jeśli jej na to nie pozwolisz. Możesz uniknąć bólu, zapominając"."

 Louisa i Sacha to jedyne co ratuje tą książkę. Podobało mi się, że zostało pokazane życie Louisy i jej historia, sposób myślenia. Jedno życzenie się spełniło!
 Co do Sachy on jest po prostu sobą. Nie da się go nie lubić.

"- Sacha Winters należy do mnie. Nie ocalisz go.
 Pragnęła milczeć, uciec stąd jak najszybciej, a jednak słowa same wydostały się z jej ust.
- Ocalę go - wycedziła lodowatym tonem. - I zniszczę każdego, kto spróbuje go skrzywdzić. Wysłuchaj mnie, Abaddonie. Nie dostaniesz go."

 Taylor to nadal ciepłe kluchy niestety, chociaż miała momenty, w których pokazała pazurki. Ale nadal było ich strasznie mało i w większości była ona pod wpływem demona, więc trudno mi je zaliczyć. Zawiodłaś mnie kochana...
 Nie oszukujmy się, cała książka mnie zawiodła.
 Nie wiem, może to przez moje wygórowane wymagania po "Tajemnym Ogniu"?
 Co smutne widziałam mnóstwo dobrych opinii o "Tajemnym Mieście", więc co jest ze mną nie tak?

" - Nie umieraj, Sacha - wyszeptała żarliwie. - Proszę, nie umieraj.
- Nie chcę - zapewnił ją łamiącym się głosem. - Już nie. - Odsunął się, żeby zobaczył jej twarz i te zielone oczy. - Teraz chcę żyć. Najbardziej na świecie chcę żyć. Razem z tobą."

 Co prawda były momenty, gdzie lekkie drgania serca mnie zaskoczyły, ale większość książki jest napisana z takim dramatyzmem jakby odgrywali Szekspira.
 Gdy kończyłam czytać doszłam do momentu, w którym moją ostatnia nadzieją na ratunek dla tej historii była śmierć wszystkich. Zakończenie było tak strasznie przewidywalne, że aż bolało.

"Nadszedł czas na nowy początek"

 Na szczęście dla mnie ja już skończyłam tą tajemną przygodę. Najwyższa ocena jaką mogę dać z czystym sumieniem "Tajemnemu Miastu" to 4 białe pióra. Z bólem serca je przyznaję, bo naprawdę spodziewałam się Białego Kruka, a tu taki zawód... Bez odbioru.

Wiki

13 stycznia 2017

"Tajemny Ogień"






 Da się wciągnąć czytelnika w akcję książki od pierwszej strony? Da się!

"- O co chcesz się założyć na chwilę przed śmiercią? - warknął Antoine.
Sacha sięgnął do kieszeni i wyjął telefon.
- Przede wszystkim musisz go potrzymać - oznajmił. - Mama kupiła mi nową komórkę i zabije mnie, jeśli ją uszkodzę.
Antoine zamachał pistoletem.
- W dupie mam twoją...
- Cii. - Sacha postukał palcem wskazującym w usta. - Nie przeklinaj. Jeszcze nie skończyłem. W ramach zakładu weźmiesz telefon. Potem skoczę, skoro naprawdę chcesz. Ale nie zginę, tylko wstanę i pójdę do domu. Kiedy to zrobię, oddasz mi telefon, darujesz wszystkie długi i dasz pięćset euro za fatygę. - Zakołysał się na piętach, śmiało patrząc Antoine'owi w oczy. - Umowa stoi?"

 Czy wy też uwielbiacie ten arogancki i zdecydowanie zbyt pewny siebie typ chłopaka w książkach? Ze stron aż wylatuje testosteron! Jak się tu nie zachwycić już na pierwszych stronach?
 Ale powoli i od początku.
 C.J. Daugherty, pisarka, do której żywię ogromny szacunek za serię Wybranych, o których być może kiedyś będzie jeszcze mowa, wraz z Cariną Rozenfeld pokazują nam swój talent pisarski w "Tajemnym Ogniu".
 Uwielbiam narrację trzecioosobową, która jest tu użyta. Przy pierwszoosobowej narracji często się nudzę chyba, że jest to perspektywa męskiego bohatera co rzadko się zdarza niestety. Tutaj możemy poznać odczucia głównej bohaterki i głównego bohatera, a dokładniej Taylor i Sachy.

Drogi Sacho,
nazywam się Taylor Montclair i jestem licealistką z Anglii. Dostałam Twoje dane od nauczyciela francuskiego. Podobno mam Cię uczyć angielskiego. Jeśli ci to pasuje, możemy zacząć w niedzielę. Na początku chyba powinniśmy razem przeczytać książkę po angielsku. Wybierz coś, co Ci się podoba. Oczywiście, nie może to być nic trudnego.
Z pozdrowieniami
Taylor Montclair

 Taylor mieszka w Anglii. Sacha we Francji. Trzeba przyznać, dzieli ich niemały kawałek drogi.
 A jednak przeznaczenia nie oszukasz. On jest trzynastym synem, ona trzynastą córką. Oboje mają niecodzienne zdolności, zawiłą historię rodziny i szansę na uratowanie świata.

"- Ale z ciebie mięczak. - Tom wydawał się zirytowany. - Nigdy nie chcesz się zabawić, tylko się uczysz.
Obolała Taylor zapatrzyła się na niego. Naprawdę nie dostrzegł jej cierpienia? Wspominała mu o bólach głowy, jednak zupełnie nie zwrócił na to uwagi. Interesowało go wyłącznie rugby.
- Dzięki za wsparcie, Tom - burknęła ironicznie."

 Próbowałam nie lubić Taylor. Naprawdę próbowałam, bo jest tym typem dziewczyny, który użala się nad sobą dość często, a to nie jest materiał na moją faworytkę, a jednak... No nie mogę jej też znielubić. Jest ona typowym kujonkiem przyjaźniącym się z popularną dziewczyną, której odrabia prace domowe. Ale ma coś w sobie. Może to przez to jej uwielbienie do książek? Ktoś kto lubi czytać nie może być zły!
 Po skończeniu "Tajemnego Ognia" mam do niej nadal neutralny stosunek, ale pokładam w niej wielkie nadzieję w "Tajemnym Mieście", kolejnej części tej historii. Trzymam za Ciebie kciuki Taylor!

"Nie bądź niemądra. Mogę umówić się z Paulem, kiedy zechcę. Dlaczego nie powiedziałaś, że znów cię dopadł ten ból głowy? Chodź. - Objęła Taylor i poprowadziła ją po chodniku. - Odstawię cię do domu."

 Wspomnianą przyjaciółką Tay jest Georgie. Nie jest ona zbyt często pojawiającą się postacią drugoplanową w książce, przynajmniej po rozpoczęciu się prawdziwej akcji, ale chciałabym o niej wspomnieć i przyznać się do błędu.
 Georgie jest rzeczywiście popularną dziewczyną, która prawdopodobnie jest głupia jak but. Jest wkurzająca dla mnie i podejrzewam, że dla większości społeczeństwa również, ale czasem, na co zwróciłam uwagę po pierwszej ocenie, potrafi być dobrym wsparciem. Kojarzy mi się ona z Charlotte, przyjaciółką bohaterki bajki "Księżniczka i żaba". Egoistyczna, ale ma przebłyski opiekuńczości.

"Nie rozmawiali od tamtej pogawędki na czacie, którą odbyli kilka dni wcześniej, ale Taylor nie mogła o nim zapomnieć. Okazał się zupełnie inny, niż się spodziewała. Poza tym podobał jej się jego uśmiech. Przy Sachy czuła podenerwowanie, którego nie rozumiała. Ale pociągało ją to uczucie."

 Sacha, Sacha, Sacha... Gdyby, nie to, że moje serce jest zajęte miałbyś spore szanse!
 Niebezpieczny, arogancki i zbyt pewny siebie, jak już wspominałam na początku. I zdecydowanie ma w sobie to "coś".
 Szkoda tylko, że ma niedługo umrzeć. Tak przynajmniej mówi przepowiednia. A po jego śmierci nastąpi koniec świata. Tak w skrócie.
 Na szczęście główny bohater ma w sobie na tyle dużo werwy, aby w odpowiednim momencie się ogarnąć i postanawia zawalczyć o swoje życie!

"Ziemia zbliżała się ku niemu tak szybko... Za szybko.
Ścisnęło mu się serce. Odruchowo obrócił się w powietrzu, jakby chciał zwolnić, zatrzymać się.
A potem uderzył w beton.
Jakby z wielkiej oddali usłyszał chrzęst łamanych kości. Krzyczałby, gdyby mógł.
A potem, przez krótką sekundę, nie było nic.
Zapanował spokój."

 Rzecz jasna nie może być tak, że przepowiednia jest jedynym wrogiem. Skądże! Byłoby za spokojnie, gdyby w całej książce chodziłoby tylko o ściągnięcie klątwy. Czemu nie wprowadzić jeszcze czegoś?
 Co śmieszne, mimo wprowadzonego zamieszania czytelnik się nie gubi. Książka nie wydaje się też przesadzona. Jest idealna.

"Pochylił się i pocałował ją w oba policzki. Była wyraźnie zaskoczona, a zakłopotany Sacha wyprostował się pośpiesznie. Przypomniał sobie, że Anglicy raczej nie całują się na powitanie tak jak Francuzi. Mogła sobie coś pomyśleć.
A może chciałby, żeby coś sobie pomyślała?"

 Co do wątku romantycznego...
 Jest go zdecydowanie za mało!
 Zadziwia mnie moje uczucie niedosytu, bo te "słodkie" momenty co chwile gdzieś się przeplatają, ale nie są one hmmm... wyraziste. Fabuła głownie skupia się na akcji. Nie szkodzi to oczywiście książce ani trochę, ale szkodzi mnie, bo ja tylko czekałam na te ich "słodkości"!

"- Cieszę się, że żyjesz.
- Ja też. - Jak najlżej, żeby nie zauważyła, musnął wargami jej włosy, wdychając ich zapach."

 Więcej Sachy i Taylor! To moja największa nadzieja na nową część.
 Kolejna bohaterka drugoplanowa, o której chcę wspomnieć to Louisa, jednak ona całkowicie zdobyła mój głos.

"- Co tu robisz? - zapytała Taylor.
Louisa popatrzyła na nią z niedowierzaniem.
- Zawsze zadajesz głupie pytania? - spytała. - A może to ja cię prowokuje swoją błyskotliwą osobowością?"

 Mój mentor i mój mistrz. Liczę głęboko, że będzie gdzieś wspomniana dokładniej jej historia, bo szczerze jej postać mnie zafascynowała. Chociaż może to być po prostu wykrycie bratniej duszy. Jej wredna osobowość przyciąga moją złośliwość :') I ma ona zdecydowanie dobry wpływ na Taylor!

"- Tak wygląda zwiastun?
Louisa skinęła głową.
- Odrażający sukinsyn, nie? - odpowiedziała pytaniem.
- Jasna cholera. - Taylor odchyliła się na krześle.
- Ależ panno Taylor Montclair, niedościgniony wzorcu cnót wszelakich. Czyżbyś zaklęła w miejscu publicznym? - ucieszyła się.
- Zamknij się, Louisa.
- Przy mnie jeszcze wyjdziesz na ludzi - odparła Louisa ze śmiechem."

 Podsumowując...
 "Tajemny Ogień" wciąga od pierwszej strony, a okładka mówiąca o akcji pędzącej jak rollercoaster nie kłamie ani trochę. Postacie są świetnie wykreowane, nie da się ich nie lubić. Niesamowita fabuła sprawia, że po prostu musisz sięgnąć po kolejną część!
 C.J. Daugherty jeszcze mnie nie zawiodła, a Carmen Rozenfeld lubię coraz bardziej.

"- Potrzebuję twojej pomocy - dodał nauczyciel głośniej, przedzierając się przez mgłę w jej umyśle. Jego głos był pełen napięcia, jakby pan Finlay dźwigał coś ciężkiego. - Musisz go natychmiast uwolnić.
- Nie wiem jak - wyszeptała."

"Tajemny Ogień" dostaje ode mnie 9 śnieżnobiałych piórek.

Niedługo recenzja "Tajemnego Miasta"!

Wiki

7 stycznia 2017

"Podziemia Veniss"

Veniss...
Czym jest Veniss?
Szczerze?
Nie mam bladego pojęcia!

Pisząc to, siedzę przy biurku z kubkiem gorącej mięty, stukam powoli w klawisze i zastanawiam się co mnie do cholery podkusiło żeby sięgnąć po tę książkę.
Jak to się stało, że do mnie trafiła? Nie wiem. Dlaczego zdecydowałam się ją przeczytać? Tego też nie wiem. Ale wiem, że do tej pory żadna książka mnie tak nie zszokowała i żadna nie zrobiła mi... (no bądźmy szczerzy i nazwijmy rzecz po imieniu) sieczki w głowie.
Czytelnikom "Podziemi Veniss" odradza się przyjmowanie podczas lektury środków halucynogennych. Nie będą potrzebne...
Właśnie takie ostrzeżenie ujrzymy na tylnej okładce książki. Intrygujące, a zarazem niepokojące, prawda? I powiem wam, że jak najbardziej trafne! Po przeczytaniu Podziemi Veniss moja wyobraźnia po prostu się przegrzała.
Cała książka jest tak przedziwną konstrukcją, że w sumie nie bardzo wiem jak ująć w słowach to co czuję. Mam mętlik w głowie, a moje nocne marzenia senne stały się conajmniej niepokojące.
Powiem jedno: Jeff przegiął... zdecydowanie.
- Jest silniejsza od ciebie, prawda? - spytał i rzucił szybkie spojrzenie ognistych oczu, lśniących w zrujnowanym obliczu.
- Tak, to ona mnie niesie.
Nieznajomy skinął głową.
- Powinieneś usiąść. Powinieneś ją położyć. Nazywam się Candle, jestem księdzem.
- Dziękuję. Nazywam się Shadrach Begolem.
Tak, mniej więcej, wyglądają wszystkie dialogi w Podziemiach Veniss... dziwaczne.
Całość jest podzielona na trzy części, a każda z nich jest opowiedziana przez inną osobę: Nicholasa, Nicolę oraz Shadracha. Spotkamy się tu również z różnymi formami narracji. Analogicznie w pierwszoosobowej, drugoosobowej, i trzecioosobowej. Czy wyszło to na dobre książce? W moim odczuciu nie bardzo. Z tego, i tak już niezłego bałaganu, stworzył się po prostu chaos.
W całej książce nie znajdziemy także za wiele ze świata, który znamy. Są tu psychowiedźmy, holoartyści i tajemniczy potężny Quin.
Czytając Podziemia Veniss miałam wrażenie, że Jeff miał jakiś pomysł, potem dziwny sen, majaki oraz halucynacje, a wszystko co zobaczył "wrzucił do jednego wora" i opisał... Tak moi drodzy powstała ta książka.
Otworzył oczy i spojrzał w ciemność. Był gotów na śmierć, czekał na początek życia po życiu.
A ja czekam na powrót mojego życia, po przeczytaniu tego dziwnego tworu jakim są Podziemia Veniss.

Nie wiem co jeszcze mogłabym dodać, bo po prostu jestem w szoku jak można stworzyć coś tak, w moim odczuciu złego, a jednocześnie tak mocno działającego na wyobraźnię. Bo nie oszukujmy się, książka jest napisana źle i bardzo trudno się ją czyta. Zbyt dużo kombinowania, zbyt wiele naraz. Myślę, że pomysł był dobry. Jednak Jeff sobie z nim nie poradził, zmarnował szansę.

Podziemia Veniss otrzymują ode mnie 4 białe pióra.
Sylwia